Jak to z Komunią było…

Wrze­sień 2009 roku. Roz­poczy­na się nowy rok szkol­ny. Jako mama dru­go­kla­sist­ki czuję po­wa­gę sy­tu­acji. To ważny rok, bo za 9 mie­się­cy bę­dzie pierw­sza Ko­mu­nia św. Jak to bę­dzie? Czy damy radę, ja i moje dziec­ko?! Zbie­ra­my in­for­ma­cje od do­świad­czonych w tej kwe­stii mam. Nie wy­glą­da to do­brze. Wiemy już, że cze­ka­ją nas spo­tka­nia, eg­za­mi­ny i próby, po­dob­no dłu­gie…

Usta­lamy plan dzia­łania:

Krok 1: u­sta­lić miej­sce u­ro­czy­sto­ści – ko­ściół „szkol­ny” czy pa­rafial­ny? Obie de­cy­du­jemy, że szkol­ny, tj. u Pal­lo­ty­nów.

Krok 2: obiad w domu czy w re­stau­racji? Po ro­dzin­nej de­ba­cie za­pada de­cy­zja: w re­stau­racji, dro­żej ale wy­god­niej. Osz­czę­dza­my.

Krok 3.: Nauka – pa­cierz, ka­te­chizm – uczyć się sys­te­ma­tycz­nie.

Krok 4.: NIE DAĆ SIĘ ZWARIOWAĆ.

Paź­dzier­nik. Czuję się nor­mal­nie. Dziec­ko też. Może już po­win­no być jakoś ko­mu­nij­nie? Nie jest. Dziec­ko – „ko­mu­nist­ka” ma no­we­go ka­te­chetę – „księ­żu­nia”. Do­brze brzmi, prze­cież zdrob­nie­nie to wyraz sym­pa­tii, po­wra­ca do mego serca opty­mizm. Dziec­ko cią­gle za­do­wolone. Tym­cza­sem ja wy­kre­ślam z no­tat­nika za­tro­skanej mamy zapis „jak prze­trwać o­schłe­go ka­te­chetę”. Bę­dzie do­brze, tylko dla­cze­go dzie­ci o­glą­da­ją na lek­cjach filmy re­li­gij­ne. Czyż­by no­wocze­sna ka­te­chi­zacja?

Jest pierw­szy ter­min wtor­kowe­go spo­tka­nia! A więc za­czy­namy. „Przez ró­ża­niec Ma­ry­ja pro­wa­dzi do nieba”. Ko­ściół wy­peł­ni­li ro­dzi­ce ze swo­imi po­cie­cha­mi. I tak bę­dzie już co mie­siąc. Księ­żu­nio, czyli ks. An­drzej wpro­wa­dza w taj­ni­ki przy­go­towań ko­mu­nij­nych. Jest to młody, ale su­ro­wy i kon­kret­ny ka­płan. Spo­glą­dam wo­koło, ro­dzi­ce prze­ję­ci, sku­pie­ni, widać czują po­wa­gę sy­tu­acji. A dzie­ci, o zgro­zo, nadal bez­tro­skie! Dzie­ci o­trzy­mu­ją pierw­szy, skrom­ny ró­ża­niec a ksiądz na­wo­łu­je: „mó­dl­my się, Ma­ry­ja prosi…”. Od­dy­cham z ulgą. Moje dziec­ko ma dwie mamy ziem­ską i Boską, to oręż nie do po­kona­nia.

Li­sto­pad. Pierw­sze koty za płoty. „Za­li­czo­ny” pa­cierz. Dziec­ko spo­koj­nie za­pew­nia, że księ­żu­nio mo­ty­wu­je do nauki szóst­ka­mi. W domu nauka, w szko­le na­gro­da. A co dla ro­dzi­ców – ka­te­chi­zacja! Kiedy dzie­ci śpie­wa­ją w gór­nym ko­ście­le, ro­dzi­ce się­ga­ją do głębi swych serc i su­mień. Pada py­ta­nie: Czy pa­mię­tasz swoją ko­mu­nię? O tak, pa­mię­tam, wy­ma­rzo­ną su­kien­kę u­szy­tą z cudem zdo­by­te­go ma­te­riału. Był kry­zys. Praca do­mowa: pro­szę za­ku­pić me­da­lik lub krzy­żyk.

Gru­dzień. W no­tat­niku pod­kre­ślam na czer­wo­no: „kup me­da­lik – ładny i skrom­ny”. Łatwe. Ale jak prze­ko­nać dziec­ko, że ma go nosić? Może po­może księ­żu­nio. W so­bot­nie po­połu­dnie mie­rzy­my su­kien­ki i alby. Jest za­mie­szanie, sto­imy w dłu­giej ko­lej­ce. Ro­zma­wiam z in­ny­mi ma­mami. Nie­po­kój wzra­sta, gdy pani kraw­co­wa bie­rze miarę…

Tym­cza­sem pra­cu­je­my w domu. Szu­ka­my in­for­ma­cji na temat pa­tro­na. Nig­dzie nie ma wi­ze­run­ku św. Na­talii. Mam wra­że­nie, że mój au­to­ry­tet ma­le­je w o­czach córki. Jak to mamo, ty tego nie wiesz?! Nie wiem. In­ter­net też nie wie. Myślę, jak na­ry­so­wać świę­te­go? Czy świę­tość można za­mknąć w świe­tlistej ob­rę­czy nad głową czło­wie­ka?

Nie­dziel­na Msza św. Ksiądz po­błogosła­wił me­da­liki. Wzru­szo­na za­wie­szam go na szyi je­dy­nacz­ki. Wśród dzie­ci szum: pokaż, jaki masz? Pow­ra­ca py­ta­nie, czy dzie­ci zdążą „do­rosnąć” do maja?

Sty­czeń. W moim no­tat­niku za­pi­su­ję „mi­nę­ło 5 mie­się­cy – zo­sta­ło 4”, robię pierw­sze pod­su­mowa­nie, mo­dli­twy „za­li­czo­ne”. Przed nami luz mo­dli­tew­no-na­uko­wy. Ale… Ko­lej­ne za­danie – przy­nieś świe­cę od chrztu. Eee, kiedy to było. Świe­ca jest, nawet z za­su­szo­nym bu­kie­cikiem sto­krotek. Obie sia­damy na ka­napie i prze­glą­da­my zdję­cia z chrztu. Wspo­mi­nam. Ile to już lat… Nie­siemy świe­cę, z ma­je­statem jak naj­cen­niej­szą pa­miąt­kę. I znów ob­ser­wu­ję mamy, wszyst­kie trzy­ma­ją świe­ce. Jest gwar­no, o­powia­damy sobie o chrzcie na­szych dzie­ci. Wnio­sek jest jeden, wtedy przed laty nasze dzie­ci były grzecz­ne, a teraz… Może woda chrzciel­na była za zimna… Ze stra­chem ob­ser­wu­jemy nasze po­cie­chy, bo mają w re­kach pło­ną­ce świe­ce. Oby nikt ni­ko­go nie pod­pa­lił, oby nie było tłu­stych pa­rafi­no­wych plam na u­bra­niu. Po szko­le – szok! Dziec­ko przy­no­si kart­kę: Pod­sta­wowe wia­do­mo­ści re­li­gij­ne z za­kre­su przy­go­towań do I Ko­mu­nii świę­tej. A jed­nak…

Luty. Post i na­bo­żeń­stwo Drogi Krzy­żo­wej – dla mnie naj­pięk­niej­sze. Spró­bu­ję za­razić tą mi­ło­ścią moją la­to­rośl. Dy­scypli­nu­je­my się i u­częsz­cza­my w każdy pią­tek na na­bo­żeń­stwo. Do­dat­kową mo­ty­wa­cją są ob­raz­ki.

Ko­lej­na ka­te­cheza, ko­lej­ne śpie­wy z panem or­ga­ni­stą. Szyb­ko a­nali­zu­ję: zo­sta­ło 2 mie­siące do Ko­mu­nii. Ksiądz za­po­wiada in­ten­syw­niej­sze przy­go­towa­nia. Czy­tam na kart­ce o­głoszeń: 3 próby. Ależ ten ksiądz to opty­mi­sta. Jak sobie księ­żu­nio wy­obra­ża o­pa­nować ponad 100 dzie­ciaków na za­le­d­wie 3 spo­tka­niach? Ot, młody. My, matki już wiemy, że życie bo­le­śnie zwe­ry­fi­ku­je Jego plany. Łatwo nie bę­dzie. Z no­tat­nika: ro­dzi­ce się in­te­gru­ją, coraz bar­dziej. Jest bar­dzo sym­pa­tycz­nie!

Ma­rzec. Uro­czy­ste wrę­cze­nie ksią­że­czek do na­bo­żeń­stwa. Białe, pięk­ne i takie mądre. Pa­trzę na swoją ksią­żecz­kę, mimo u­pły­wu wielu lat nadal jest biała, choć kart­ki z niej wy­pa­dają. Uczę dziec­ko prawd wiary, a ksią­żecz­kę cho­wam do szu­fla­dy, tłu­ma­cząc „nie wolno jej znisz­czyć, to pa­miąt­ka”.

Za­czy­na być ner­wo­wo. Jest mały skan­dal, bo ocena su­kie­nek ko­mu­nij­nych od­by­wa się „na oko”. My, mamy je­steśmy wy­raź­nie po­ru­szone. Pani kraw­co­wa mocno zde­ner­wo­wa­na i, o zgro­zo, rów­nież „na oko” wiel­kimi no­ży­ca­mi re­gu­luje dłu­gość. Zmu­szam córkę do za­ło­że­nia butów, dzię­ki temu zy­sku­je­my kilka cen­nych cen­ty­metrów. Od­dy­cham z ulgą – su­kien­ka nie bę­dzie za krót­ka. Ważne: Po­zna­je­my pana Tomka, jest tak wy­so­ki, że wi­docz­ny z każ­de­go miej­sca w ko­ście­le.

Kwie­cień. Ko­lej­na kart­ka z cyklu „Pod­sta­wowe wia­do­mo­ści z za­kre­su przy­go­towa­nia do pierw­szej Ko­mu­nii świę­tej”. Uczy­my się w dro­dze do szko­ły. Od kiedy „za­li­czy­łam” wpad­kę z Pię­cio­ma przy­ka­zaniami ko­ściel­ny­mi (na­uczy­łam sta­rej wer­sji), cho­dzę z kart­ką w ręku. Ja od­świe­żam wia­do­mo­ści, a ko­mu­nist­ka się uczy. Coraz mniej czasu na naukę. A nowe kart­ki po­ja­wiają się re­gu­lar­nie. Ten ksiądz nie ma li­to­ści. Za­czy­nam a­nali­zo­wać swój no­tat­nik:

– po­twier­dzić re­zer­wa­cję w re­stau­racji – u­sta­lić menu,

– za­ku­pić do­dat­ki tj. wia­nu­szek,…

At­mos­fe­ra po­dej­rza­nie spo­koj­na, choć to już ko­niec mie­siąca. Tak, wy­kra­kałam. Ode­bra­łam su­kien­kę, nie­rów­ny dół. Pytam o rę­ka­wicz­ki, za­brakło. No, cóż do­ku­pię. Pytam o wo­re­czek. Jest, ale tylko na drob­ne mo­ne­ty, bo nic wię­cej się nie zmie­ści. Za­czy­na dzia­łać mat­czy­na so­li­dar­ność, po­cie­sza­my się wza­jem­nie. Co się źle za­czy­na, to się do­brze koń­czy. Oby… Acha, próby są co ty­dzień. Życie (czy­taj: dzie­ci) zwe­ry­fi­ko­wa­ło opty­mi­stycz­ne plany księ­dza. Na pró­bach róż­nie. Na ogół jest we­so­ło. Śpiew jako tako.

Maj. Menu u­sta­lo­ne, do­dat­ki ko­mu­nij­ne za­ku­pio­ne. Cze­kam. Moje nerwy są u kresu wy­trzyma­ło­ści. Dla­cze­go? Po­goda, a ra­czej jej brak. Księ­żu­nio każe się mo­dlić. A po­dob­no naj­lep­sza mo­dli­twa to ta bez od­powie­dzi. Pa­ni­ku­ję. Bę­dzie padać. Ostat­kiem sił prze­ska­ku­ję z ka­nału na kanał i wy­ła­pu­ję opty­mi­stycz­ną pro­gnozę po­gody. Ner­wo­wo po­wta­rzam: „bę­dzie słoń­ce”.

So­bota: sprzą­ta­nie i de­ko­rowa­nie ko­ścioła. Ro­bota pali się w rę­kach.

9 maja – SŁOŃCE, woda tylko na kro­pi­dle pro­bosz­cza. At­mos­fe­ra – wszę­do­byl­ska po­wa­ga. Dzie­ci jakby do­roślej­sze. Nie mogę o­pa­nować wzru­sze­nia. Jest pięk­nie, pięk­nie wręcz do­stoj­nie. Dru­go­kla­si­ści ni­czym za­czaro­wani wy­ko­nu­ją wszyst­ko jak na­le­ży. W my­ślach dzię­ku­ję ks. Pro­bosz­czowi za krót­kie ka­zanie, ks. An­drzejowi za czu­wa­nie nad po­rząd­kiem u­ro­czy­sto­ści. Jesz­cze tylko chle­bek i do domu. Mam peł­no­praw­ną ko­mu­nist­kę. To na­pawa szczę­ściem i dumą.

Do­da­tek. Na­tal­ka stwier­dziła zu­peł­nie po­waż­nie: „Ko­mu­nia to dru­gie Boże Na­ro­dze­nie”. A jed­nak to praw­da. Bóg na­ro­dził się w jej sercu. A poza tym… pre­zen­ty. Nieco sta­ty­styki: 9 let­nie dziec­ko cze­ka­ło 9 mie­się­cy, by 9 maja przy­jąć Ko­mu­nię św. Po­nad­to, w per­spek­ty­wie jest biały ty­dzień.

Biały ty­dzień – na luzie, ale z fa­so­nem. Mnó­stwo zdjęć. Jest we­so­ło.

Lo­ret­to. Po pierw­sze mo­dli­twa, po dru­gie walka z ko­ma­rami – o­krut­nie wy­głod­nia­łe! Ba­wi­my się na bo­isku i przy o­gni­sku. Jest super. Ro­zma­wiam z ro­dzi­ca­mi, już zin­te­gro­wa­ny­mi, nur­tuje nas py­ta­nie: „Co zro­bić z wtor­kowy­mi wie­czo­ra­mi?”. Bę­dzie nam bra­ko­wać spo­tkań, ko­mu­nia zbli­ży­ła nie tylko dzie­ci ale i ro­dzi­ców.